wtorek, 5 maja 2015

Rany, jak ja lubię matury.
Co prawda mam świadomość, że za kilka lat to się zmieni, a tak właściwie już w przyszłym roku wizja matury będzie mnie prześladować w najgorszych koszmarach, ale póki co... Ooo raju, jak ja kocham matury. :D
Jako, iż moje gimnazjum połączone jest z liceum, to mamy od dwóch dni jedynie wyjścia do kina, by następnie wrócić zaraz po nim do domu, zaś jutro szkoły nie mamy wcale. Cudowna, przedłużona majówka trwająca niebiańskie sześć dni - to jest to, czego my, biedni gimnazjaliści, potrzebowaliśmy po testach.
 Cóż, niestety muszę przyznać, że te sześć dni Elizjum są zapowiedzią nadejścia Sądu Ostatecznego, ponieważ jak tylko przerwa się skończy, zabieramy się za poprawianie ocen i pisanie zaległych sprawdzianów, a trochę się tego nagromadziło. Wystawienie ocen jest gdzieś na począteczku czerwca bądź pod koniec maja, jedno jest pewne - do końca maja trzeba wyciągnąć oceny najwyżej jak się da, a niektórzy Leniwosprytni starają się je wyciągnąć jakby były z gumy do żucia. Nie ta droga, moi drodzy, teraz to nie przejdzie! A przynajmniej nie w mojej szkole - jeśli oczekiwaliście współczucia ze względu na ostatnią klasę gimnazjum, nic z tego. :'D
W każdym razie na razie staram się specjalnie nie zamartwiać i nie wybiegam myślami bardziej w przyszłość niż do końca tego tygodnia, choć może nie jest to zbyt mądre. Kupiłam w Empiku płótna, nowy pędzel (meh, i tak mam ich za mało - wciąż muszę je myć, żeby mieć ładne, czyste kolory) i nowy pakiecik farb olejnych, to zadziwiające, jak szybko się zużywają. Wczoraj całe popołudnie spędziłam czadząc się farbami i na razie namalowałam tylko pierwszą warstwę, tło dla całej scenerii. I, jasna cholera, to diabelstwo jeszcze nie wyschło! Fakt, może rzeczywiście położyłam zbyt grubą warstwę, no ale proszę, cały wieczór, cała noc i 3/4 dnia to za mało, by wyschnąć? Przy czym obraz musi schnąć w moim pokoju - jak dam go do łazienki, to zaraz któreś z Małych Potworów się nawinie i wymaca nie dość że obraz, to jeszcze ściany łazienki wymazaną farbami łapką. Wyobraźcie sobie, że śpicie w pokoju, gdzie dosłownie CUCHNIE farbami olejnymi (normalnie ten zapach uznaję za przyjemny, ale każda przyjemność ma swoje granice, zazwyczaj w momencie, gdy jest zbyt intensywna) i panuje temperatura maximum 18 stopni Celsjusza, gdyż albowiem okno musi być otwarte, by już całkiem się nie udusić (a noce nie się niestety tak ciepłe jak dnie). Nie ma bata, jeśli do jutra mi nie wyschnie, wystawiam płótno na taras. Najwyżej trochę zmoknie. -.-"
        Podoba mi się dzisiejsza pogoda - jest na tyle parno, że zapach bzów nie tyle co się unosi, a można w nim pływać. W takie dni najczęściej mam ochotę po prostu walnąć się pod jakimś potężnym kasztanowcem z książką i na co najmniej cztery godziny zerwać kontakt z otoczeniem. Wspaniale jest być potrzebnym, ale o ile milej jest czasem choć przez chwilę zostać zapomnianym przez resztę świata, by móc zostać sam na sam ze swoimi myślami, bez żadnych czekających obowiązków w domu ani dodatkowych lekcji. 
...Co mnie zawraca do tematu, a tak właściwie nadziei, która mnie jeszcze utrzymuje w pionie i mam nadzieję, że będzie do końca roku szkolnego - CHCĘ W GÓRY!!! Najlepiej w Bieszczady, na jakąś miłą, słoneczną, zaciszną, odrobinę targaną letnim wiatrem połoninkę. ^^