Dobrze byłoby chociaż zacząć jakkolwiek myśleć, podsumowywać moje dni. Więc zastanówmy się, czego się dziś nauczyłam?
Nie potrafię wpaść na głębokie wnioski z dnia z taką prędkością i swobodą jak freakin' Doogie Howser, niestety. Przede wszystkim, większość swoich dni przeżywam myśląc o życiu zupełnie innym - najczęściej jakiejś postaci z książki/filmu/serialu/opowiadania. Zatapiam się w fikcji, czego skutkiem jest ciągłe niezadowolenie w świecie rzeczywistym. Ta technologia rzeczywiście robi nam z mózgów mielonkę.
Dobra dobra, ale zbaczam z tematu. Miałam podsumować dzień.
Brałam udział w próbie poloneza na studniówkę, kupiłam z babcią zimowy kapelusz, (śmieszny, vintage kapelutek w kolorze jaskrawo niebieskim, coś pięknego), miałam korki z matematyki... A rano rozmawiałam z ojcem o moich zbyt wysokich wymaganiach co do reszty świata. Może miał rację. Może nie powinnam wymagać od rodziców, że będą się nienagannie zachowywać przy młodszych dzieciach. Ale z drugiej strony, jak mam brać rady od kogoś, kto sam za własnymi radami nie podąża? To tak skrajna hipokryzja, że jest to aż bolesne - może jestem zbyt dumna, ale nie potrafię, nie chcę zaakceptować takich zachowań. Wszystko wydaje mi się sztuczne i brudne, jak w "Moralności pani Dulskiej". Nie chcę się zgadzać na pranie brudów w domu, a później udawanie zarówno w domu, jak i poza nim, że wszystko jest w idealnym porządku.
Wygląda na to, że zamiast czegoś się nauczyć i uzyskać odpowiedzi, mam tylko więcej pytań. Well, shit.