poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Dzisiaj krótko, bo dosłownie padam z nóg.
W szkole, jak to na ostatnie półtora miesiące przed wystawieniem ocen w trzeciej klasie gimnazjum przystało, panuje Mordor. Dosłownie. W takich chwilach każdy uczeń kończący gimnazjum jest Frodem niosącym swoje oceny w postaci Pierścienia do Mordoru (czyt. rady zatwierdzającej), aby go tam wrzucić, dostać dobre wyniki w postaci pokoju w Śródziemiu i mieć go nareszcie z głowy. A samo przetrwanie przez całą tę straszną wędrówkę i w dodatku oddać go w stanie, który jeszcze nie zrył nam umysłów (to jest oddać dobre oceny) jest najgorszym doświadczeniem, które najprawdopodobniej zaważy na naszej późniejszej psychice, nie będziemy w stanie żyć normalnie tak jak reszta ludu i popłyniemy z Elrondem i Gandalfem hen, za granice Śródziemia, aby...
No dobra, zagalopowałam się, aż tak źle to chyba nie jest. xD

W każdym razie z tymi stosami kartkówek do napisania/poprawienia, tuzinem projektów, warsztatów, prezentacji i kart gigantpracy (tia, karta pracy z lektury dodatkowej. Dziesięć podpunktów do wykonania w rodzaju: 1. Napisz rozprawkę, gdzie potwierdzisz tezę... 2. Napisz recenzję... 3. Napisz charakterystykę...) nie mam czasu nawet dokończenia "Nad Niemnem". Wiem, wygląda na to, że jestem jedyną piętnastolatką, która w ogóle to lubi. A stara, dobra, polska literatura jest najlepsza! Kornel Makuszyński, Sienkiewicz... <3
No dobra, więc wracając do tematu - nawał pracy i tak dalej. Plus sporo perypetii klasowych, bo dość kiepsko dogaduję się z rówieśnikami z klasy, o czym prawdopodobnie już zdążyłam wspomnieć. Chce się żyć! ^^
Szkoda mi trochę, że nie mam także czasu na obejrzenie dalszych odcinków Star Treka. Uwielbiam science-fiction, szczególnie te stare i w swoich czasach dość znane (Star Trek, Star Wars, Doctor Who) i obecnie mam straszną fazę na Star Treka. Obejrzałam już jakieś dwa sezony oryginalnej serii i jak skończę trzeci, to pewnie zabiorę się za Voyagera, to już chyba seria z kapitanem Picardem oparta na oryginalnych odcinkach z Kirkiem. A szkoda, Kirk miał swój urok, no i Spock, jego pierwszy oficer pół-Wulkanita, pół-człowiek był genialny, mój faworyt. Zawsze jakoś przemawiały do mnie osobowości przesiąknięte sarkazmem. :'D
Uaaa, czuję już piasek pod powiekami, najwyższy czas iść spać. Wstanę jutro wcześnie i otoczona gęstą atmosferą książkowego patosu stawię czoła miażdżącej codzienności. Do boju! :'D

sobota, 18 kwietnia 2015

Całe ostatnie dnie spędzam na powtórkach do egzaminów - przedwczoraj zrobiłam historię, wczoraj była biologia i pierwsza część fizyki, dziś ją skończyłam i jutro pewnie zabieram się do geografii i języków. Już nie mogę...! Ten czas powinno się zatytułować "Jak nadrobić trzy lata w tydzień - historia prawdziwa". Niby czegoś tam się nauczyło przez całe gimnazjum, ale gdy przychodzi co do czego, naprawdę niewiele się z tego dokładnie pamięta.
Wciąż nie ma mnie w domu (do powtórek wykorzystywane są koneksje - babcia biolożka, dziadek przyjaciółki fizyk i takie tam. Wychodzi na to, że skaczę sobie z ową koleżanką od domu do domu, gdzie związana z nami w jakiś sposób osoba uprzejmie pomaga w powtórkach i dzieli się swoją wiedzą), a jeśli jestem, to siedzę u siebie w pokoju z nosem w książkach. Czuję się trochę winna - przez to nie mam za bardzo czasu dla rodzeństwa. 
Już wyjaśniam - mam czwórkę rodzeństwa, dwóch braci i dwie siostry. Najstarszy brat (Staś*) jest już dorosły i nigdy go nie ma w domu, także to nie o niego tutaj się martwię, bardziej o resztę. Reszta składa się z trzy i pół letniej Asi oraz półtorarocznych bliźniaków - Bolka i Misi. Asia jest trochę rozpieszczona, jak to się zdarza maluchom urodzonym kilkanaście lat po pierwszej turze dzieciarni (czyli mnie i Stasia) i kiepsko znosi podział uwagi na młodsze rodzeństwo, w końcu jeszcze niedawno to ona była centrum wszechświata. Kiedy nie mam za wiele do nauki, zabieram ją do siebie do pokoju - uwielbia mi grzebać w szufladach, wyjmować stare zabawki, biżuterię i pamiątki, po jej wyjściu nigdy nic nie mogę znaleźć, a mój pokój zamienia się w stajnię Augiasza. :'D
Jeśli chodzi o bardziej szczegółowy opis Asi - jest słodką niebieskooką blondynką z iście wampirzym uzębieniem, blizny w kształcie podków na moich ramionach mogą zaświadczyć.
Bliźniaki zamieszkują na co dzień salon, wtedy wszyscy mogą mieć na nich oko. Bolek jest najmłodszy, urodził się 8 minut po Misi i jest też najmniejszy - drobny, okrągły, z wielkimi ciemnymi oczami. Straszny z niego mamisynek i beksa, w pobliżu mamy natychmiast zaczyna wyć, by go wzięła na ręce. W ogóle chciałby, by tylko go noszono na rękach i tulono, taki domowy kociak. Jako, że kocha się przytulać, zimą jest najlepszym termoforem pod słońcem.
Misia to inna historia - całkiem duża jak na swój wiek, żarłoczna, ciekawska i absolutnie urocza, co niecnie wykorzystuje. Posiada urodę typowego barokowego aniołeczka - złote loczki, ogromne niebieskie oczy, pełna fałdek i dołeczków. Ma też w sobie coś z chochlika - u większości dzieci uśmiech jest wypowiedzią: "To takie śmieszne!" lub "Jestem szczęśliwy!", zaś u niej to wygląda raczej: "Wiem coś, czego ty nie wiesz!" lub "Co by tu jeszcze nabroić...". Przy czym gdy coś spsoci, nie ucieka, ale chwali się tym - stoi przed przed stosem wyciągniętych książek z szafki i bezczelnie uśmiecha się do wściekłego rodzica niewinnym uśmiechem chochlika, który, nawiasem mówiąc, na dorosłych działa jak czerwona płachta na byka.

Może się wydawać, że takie małe dzieci nie rozumieją zbyt wiele i jeśli kilka dni się je poignoruje, to nawet tego smutnego czasu nie zapamiętają. Bzdura totalna! Półtoraroczne dziecko rozumie więcej, niż mogłoby się wydawać, a gdy "smutne czasy" się skumulują, to będzie na nie w jakiś sposób oddziaływać.
Dobra... przyznam, że nie jestem pewna tej teorii kumulujących się "smutnych czasów", ale wiem jedno - gdy idzie się do swojego pokoju aby zamknąć się w nim na resztę dnia, trudno minąć obojętnie płaczące i czepiające się kolan dzieci pragnące pobawić się ze starszą siostrą. Za każdym razem idę do siebie z ciężkim sercem.

Staś mnie wyśmiewa, że zachowuję się jak jakaś przedszkolanka, ale po prostu uwielbiam dzieci - zawsze chciałam mieć młodsze rodzeństwo, po czym dostała mi się nie tylko młodsza siora, a jeszcze bonus w postaci bliźniaków. Zresztą, jest całkiem sporo plusów bycia dzieckiem w rodzinie wielodzietnej - jednym z nich jest jazda komunikacją miejską za darmo do ukończenia liceum (hell yeah!). :P

A wracając do opisu aktualnej codzienności - ostatnie dni są trochę jak sen, zlewają się ze sobą i następnego dnia zupełnie nie pamiętam czy to, co robiłam dnia poprzedniego było faktycznie wczoraj, czy tydzień temu. Dawno nie miałam żadnych spotkań towarzyskich z uwagi na szkołę (w której, by the way, zbyt wielu przyjaciół to ja nie mam, ale o tym innym razem) i przez codzienną monotonię szkoła-dom i dom-szkoła zaczynam czuć się strasznie samotna. Wiem, że gdzieś tam mam przyjaciół zajętych swoimi sprawami, ale mogących pogadać, wspólnie ponarzekać i się pośmiać, tylko... odstępowanie od obowiązków nawet na chwilę wydaje się niewłaściwe. Wyznaczyłam sobie czas osamotnienia do egzaminów, ale nie jestem pewna, czy uda mi się wrócić do poprzedniego stanu, gdy testy się skończą. No i mam pewien dylemat z przyjacielem, przez co zaczynam sobie na poważnie zadawać pytanie, czy istnieje coś takiego jak przyjaźń damsko-męska.
Ale znowu zaczęłam pisać bardzo późno i już przysypiam nad klawiaturą. O tym napiszę kiedy indziej. Hah, to jest jak jakaś spowiedź - pytanie tylko, czy gdy w końcu wyrzucę tu z siebie wszystkie swoje problemy, przemyślenia oraz opisy codzienności, czy poczuję się wtedy w jakiś sposób rozgrzeszona? :/

_______________________________________________
*(wszystkie imiona zamieszone w tekście zostały zmienione)

piątek, 17 kwietnia 2015

Hou, 
Jestem Thyra. Mam 15 lat, choć za kilka miesięcy kończę 16 (nie żebym czuła się szczególnie dorośle nawet w wieku lat piętnastu). Założyłam tego bloga w sumie nawet nie dla czytelników, za co Ciebie, drogi Czytelniku, szczerze przepraszam. Zamierzam używać go jako coś w rodzaju swojego dziennika, gdzie będę mogła wypisać wszystko, co mi siedzi w łepetynie, a nie ma szans wydostać się w obecności znajomych/przyjaciół/rodziny, aby nikomu nie zrobić przykrości ani sobie nie nagrabić, et cetera, et cetera. Albo jeśli nie mam z kim pogadać, co zdarza się równie często.

Przechodząc do rzeczy - za kilka dni czekają mnie egzaminy gimnazjalne, co prawdę mówiąc, przeraża mnie jak cholera. xD
Wiem, wiem, niby czego tu się bać, wiedza ogólna, matura jest gorsza, już nie mówiąc o kolokwium na jakiś studiach astronomicznych czy innych takich diabelstwach. Pewnie prawie każdy, kiedy był małym dzieckiem i nie chciał jeść schabowego niebezpiecznie przypominającego konsystencją podeszwę od trampka słyszał od rodziców: "Dzieci w Afryce głodują, a ty wyrzucasz jedzenie!". Nigdy nie działało, prawda? Dla mnie porównywanie egzaminów gimnazjalnych do tych gorszych testów - matur, kolokwiów jest mniej więcej jak argument z dziećmi głodującymi w Afryce. Nie zrozumcie mnie źle, przykro mi, że dzieci w Afryce głodują - ale w jaki sposób, do licha ciężkiego, moje niezjedzenie kotleta to zmieni?
Mój przyjaciel wyjechał na tydzień w góry, aby móc w lato być młodą kadrą na obozie górskim (czyli nici z długich rozmów o tematyce egzystencjalnej, a szkoda - natychmiast zapomina się o własnych zmartwieniach, działa lepiej niż najmocniejszy lek uspokajający. Nie żebym brała leki uspokajające. :'D), zaś najlepsza przyjaciółka ma własne sprawy na głowie i aż głupio zasypywać ją swoimi pseudoproblemami szkolnymi, które tak właściwie są całkiem błahe, szczególnie, gdy osoba pocieszająca jest trochę starsza od pocieszanej.
Ranyy... jest 00:36. Mam mnóstwo do napisania i coraz mniej godzin do przespania. Chyba wybiorę opcję Morfeusza i za resztę zabiorę się jutro. Albo pojutrze. Lub coś w ten deser. Dobranoc.