Na ten czas mam wrażenie, że żyję w wiecznym szoku swoim dorosłym 'ja' - nagle bywają chwile, że naprawdę czuję się dorośle (choć większa część mojego móżdżku się z tego wyśmiewa - jak ty, biedne dziecko, możesz czuć się dorosła, skoro jesteś tak cholernie dziecinna pod prawie każdym względem). Tak, tak, moi drodzy, właśnie czytacie piękny opis nastoletniego dojrzewania psychicznego. To brzmi tak bardzo żałośnie xD
wtorek, 15 września 2015
To niesamowite, jak bardzo liceum różni się od gimnazjum. Przede wszystkim, wbrew wszelkim ostrzeżeniom, groźbom, strachom i wyciom znajomych - wcale nie jest ostrzej niż w gimnazjum. Wręcz przeciwnie, mam taki luz, że zaczynam się rozleniwiać i nie robić kompletnie nic. A że obiecałam sobie w liceum być sumienna i odpowiedzialna, toczę wewnętrzną walkę ze swoim lenistwem... Może to tylko początek, później wszystko się rozkręci i nie będę mieć czasu na roztkliwianie się nad kojącym brzmieniem głosu Duncana Regehra (tak bardzo fangirling).
piątek, 14 sierpnia 2015
Jeez, jest 2:25, a ja właśnie skończyłam oglądać pierwszy sezon Zorro z lat dziewięćdziesiątych. Zorro jest cudowny! Tyle obecnych filmów o superbohaterach się na nim opiera, chociażby Batman. Problemy Batmana są zrzynane od Zorra tak bardzo, że aż trudno nie zauważyć. No i pochodzenie pseudonimu... Ten nietoperz, drugi lis, coś obrońcy uciśnionych mają zamiłowania do zwierząt, no nie powiem!
Ech, ale ta fascynacja przygodami pewnego lisa z kolonii hiszpańskiej z 1820 roku wpływa na moje godziny snu, nie jestem w stanie iść spać bez dokończenia sezonu. A że go skończyłam... Buenas noches, lectores!
Ten post tak wiele wnosi do bloga. O.o
Ech, ale ta fascynacja przygodami pewnego lisa z kolonii hiszpańskiej z 1820 roku wpływa na moje godziny snu, nie jestem w stanie iść spać bez dokończenia sezonu. A że go skończyłam... Buenas noches, lectores!
Ten post tak wiele wnosi do bloga. O.o
czwartek, 13 sierpnia 2015
Z braku porażających problemów i dostępu do komputera jakoś zbyt wiele ostatnio nie pisałam... Cóż, niedługo wrzesień, wszystko ulegnie zmianie.
Dostałam się do dobrego liceum, którego tutaj nie wymienię ze względu na bezpieczeństwo, bo w końcu czytelnicy to z pewnością sadystyczni mordercy czyhający na świeżo upieczone licealistki prowadzące blogi. Prawdę mówiąc, żywię pewne obawy jak to będzie z towarzystwem... Nie no, słyszałam mnóstwo pochlebnych opinii o tej szkole, ale nigdy nie wiadomo na jakich ludzi trafi się w swojej klasie. Przy czym podobno nie sprawiam wrażenia normalnej na pierwszy rzut oka, bo dużo gadam (szczególnie kiedy jestem zdenerwowana) i ubieram się jak hipis. Albo cyganka. Oczywiście, jest na to prosta rada - zacznij ubierać się jak Twoi rówieśnicy! Ale obecne mody strasznie mi się nie podobają, nie chcę być kolejnym sobowtórem i w ogóle mój ubiór jest manifestacją buntu przeciwko ogólnospołecznym zasadom. A przynajmniej tak odpowiadam babci za każdym razem, gdy mi narzeka, że na zjazd rodzinny cała młodzież była ubrana młodzieżowo, a ja przyjechałam w dzwonach.
Poza tym, po przyjeździe do domu ze wszystkich obozów nagle czuję się parszywie samotna. Niby mam ten bachorowy harmider w domu, ale tata pracuje, a mama tylko zajmuje się wyżej wspomnianym harmidrem. Jak jej pomagam, też jest maksymalnie skupiona na najmłodszych. Wiem, że nie powinnam jej za to obwiniać, i tak jest niesamowita, że daje sobie z nimi wszystkimi radę, jeno... przykro mi trochę. Jak rozkapryszone dziecko, po miesiącach w otoczeniu rozgadanych, głośnych znajomych, gdzie skupialiśmy się tylko na sobie nawzajem, teraz beznadziejnie się czuję, gdy nikt nie poświęca mi uwagi.
Chciałabym pojechać jeszcze w góry, zamiast kisić się w domu. Ścianki wspinaczkowe, na które regularnie jeżdżę z ciotką, też nie pomagają w takim stopniu, jak bym chciała. Wszyscy znajomi wyjechali, więc siedzę tak sobie samotnie i oglądam odcinki Zorro z 1990 roku. Byłoby łatwiej, gdyby nie miały włoskiego dubbingu, ale nie mogę znaleźć oryginalnych i tak się męczę z tym włoskim.
Na dziś kończę zażalenia, bo mam jeszcze "Bonnie i Clyde" do obejrzenia. *jaki ryyym*
Adiós, señoras y señores!
Adiós, señoras y señores!
wtorek, 5 maja 2015
Rany, jak ja lubię matury.
Co prawda mam świadomość, że za kilka lat to się zmieni, a tak właściwie już w przyszłym roku wizja matury będzie mnie prześladować w najgorszych koszmarach, ale póki co... Ooo raju, jak ja kocham matury. :D
Jako, iż moje gimnazjum połączone jest z liceum, to mamy od dwóch dni jedynie wyjścia do kina, by następnie wrócić zaraz po nim do domu, zaś jutro szkoły nie mamy wcale. Cudowna, przedłużona majówka trwająca niebiańskie sześć dni - to jest to, czego my, biedni gimnazjaliści, potrzebowaliśmy po testach.
Cóż, niestety muszę przyznać, że te sześć dni Elizjum są zapowiedzią nadejścia Sądu Ostatecznego, ponieważ jak tylko przerwa się skończy, zabieramy się za poprawianie ocen i pisanie zaległych sprawdzianów, a trochę się tego nagromadziło. Wystawienie ocen jest gdzieś na począteczku czerwca bądź pod koniec maja, jedno jest pewne - do końca maja trzeba wyciągnąć oceny najwyżej jak się da, a niektórzy Leniwosprytni starają się je wyciągnąć jakby były z gumy do żucia. Nie ta droga, moi drodzy, teraz to nie przejdzie! A przynajmniej nie w mojej szkole - jeśli oczekiwaliście współczucia ze względu na ostatnią klasę gimnazjum, nic z tego. :'D
W każdym razie na razie staram się specjalnie nie zamartwiać i nie wybiegam myślami bardziej w przyszłość niż do końca tego tygodnia, choć może nie jest to zbyt mądre. Kupiłam w Empiku płótna, nowy pędzel (meh, i tak mam ich za mało - wciąż muszę je myć, żeby mieć ładne, czyste kolory) i nowy pakiecik farb olejnych, to zadziwiające, jak szybko się zużywają. Wczoraj całe popołudnie spędziłam czadząc się farbami i na razie namalowałam tylko pierwszą warstwę, tło dla całej scenerii. I, jasna cholera, to diabelstwo jeszcze nie wyschło! Fakt, może rzeczywiście położyłam zbyt grubą warstwę, no ale proszę, cały wieczór, cała noc i 3/4 dnia to za mało, by wyschnąć? Przy czym obraz musi schnąć w moim pokoju - jak dam go do łazienki, to zaraz któreś z Małych Potworów się nawinie i wymaca nie dość że obraz, to jeszcze ściany łazienki wymazaną farbami łapką. Wyobraźcie sobie, że śpicie w pokoju, gdzie dosłownie CUCHNIE farbami olejnymi (normalnie ten zapach uznaję za przyjemny, ale każda przyjemność ma swoje granice, zazwyczaj w momencie, gdy jest zbyt intensywna) i panuje temperatura maximum 18 stopni Celsjusza, gdyż albowiem okno musi być otwarte, by już całkiem się nie udusić (a noce nie się niestety tak ciepłe jak dnie). Nie ma bata, jeśli do jutra mi nie wyschnie, wystawiam płótno na taras. Najwyżej trochę zmoknie. -.-"
Podoba mi się dzisiejsza pogoda - jest na tyle parno, że zapach bzów nie tyle co się unosi, a można w nim pływać. W takie dni najczęściej mam ochotę po prostu walnąć się pod jakimś potężnym kasztanowcem z książką i na co najmniej cztery godziny zerwać kontakt z otoczeniem. Wspaniale jest być potrzebnym, ale o ile milej jest czasem choć przez chwilę zostać zapomnianym przez resztę świata, by móc zostać sam na sam ze swoimi myślami, bez żadnych czekających obowiązków w domu ani dodatkowych lekcji.
...Co mnie zawraca do tematu, a tak właściwie nadziei, która mnie jeszcze utrzymuje w pionie i mam nadzieję, że będzie do końca roku szkolnego - CHCĘ W GÓRY!!! Najlepiej w Bieszczady, na jakąś miłą, słoneczną, zaciszną, odrobinę targaną letnim wiatrem połoninkę. ^^
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Dzisiaj krótko, bo dosłownie padam z nóg.
W szkole, jak to na ostatnie półtora miesiące przed wystawieniem ocen w trzeciej klasie gimnazjum przystało, panuje Mordor. Dosłownie. W takich chwilach każdy uczeń kończący gimnazjum jest Frodem niosącym swoje oceny w postaci Pierścienia do Mordoru (czyt. rady zatwierdzającej), aby go tam wrzucić, dostać dobre wyniki w postaci pokoju w Śródziemiu i mieć go nareszcie z głowy. A samo przetrwanie przez całą tę straszną wędrówkę i w dodatku oddać go w stanie, który jeszcze nie zrył nam umysłów (to jest oddać dobre oceny) jest najgorszym doświadczeniem, które najprawdopodobniej zaważy na naszej późniejszej psychice, nie będziemy w stanie żyć normalnie tak jak reszta ludu i popłyniemy z Elrondem i Gandalfem hen, za granice Śródziemia, aby...
No dobra, zagalopowałam się, aż tak źle to chyba nie jest. xD
W każdym razie z tymi stosami kartkówek do napisania/poprawienia, tuzinem projektów, warsztatów, prezentacji i kart gigantpracy (tia, karta pracy z lektury dodatkowej. Dziesięć podpunktów do wykonania w rodzaju: 1. Napisz rozprawkę, gdzie potwierdzisz tezę... 2. Napisz recenzję... 3. Napisz charakterystykę...) nie mam czasu nawet dokończenia "Nad Niemnem". Wiem, wygląda na to, że jestem jedyną piętnastolatką, która w ogóle to lubi. A stara, dobra, polska literatura jest najlepsza! Kornel Makuszyński, Sienkiewicz... <3
No dobra, więc wracając do tematu - nawał pracy i tak dalej. Plus sporo perypetii klasowych, bo dość kiepsko dogaduję się z rówieśnikami z klasy, o czym prawdopodobnie już zdążyłam wspomnieć. Chce się żyć! ^^
Szkoda mi trochę, że nie mam także czasu na obejrzenie dalszych odcinków Star Treka. Uwielbiam science-fiction, szczególnie te stare i w swoich czasach dość znane (Star Trek, Star Wars, Doctor Who) i obecnie mam straszną fazę na Star Treka. Obejrzałam już jakieś dwa sezony oryginalnej serii i jak skończę trzeci, to pewnie zabiorę się za Voyagera, to już chyba seria z kapitanem Picardem oparta na oryginalnych odcinkach z Kirkiem. A szkoda, Kirk miał swój urok, no i Spock, jego pierwszy oficer pół-Wulkanita, pół-człowiek był genialny, mój faworyt. Zawsze jakoś przemawiały do mnie osobowości przesiąknięte sarkazmem. :'D
Uaaa, czuję już piasek pod powiekami, najwyższy czas iść spać. Wstanę jutro wcześnie i otoczona gęstą atmosferą książkowego patosu stawię czoła miażdżącej codzienności. Do boju! :'D
W szkole, jak to na ostatnie półtora miesiące przed wystawieniem ocen w trzeciej klasie gimnazjum przystało, panuje Mordor. Dosłownie. W takich chwilach każdy uczeń kończący gimnazjum jest Frodem niosącym swoje oceny w postaci Pierścienia do Mordoru (czyt. rady zatwierdzającej), aby go tam wrzucić, dostać dobre wyniki w postaci pokoju w Śródziemiu i mieć go nareszcie z głowy. A samo przetrwanie przez całą tę straszną wędrówkę i w dodatku oddać go w stanie, który jeszcze nie zrył nam umysłów (to jest oddać dobre oceny) jest najgorszym doświadczeniem, które najprawdopodobniej zaważy na naszej późniejszej psychice, nie będziemy w stanie żyć normalnie tak jak reszta ludu i popłyniemy z Elrondem i Gandalfem hen, za granice Śródziemia, aby...
No dobra, zagalopowałam się, aż tak źle to chyba nie jest. xD
W każdym razie z tymi stosami kartkówek do napisania/poprawienia, tuzinem projektów, warsztatów, prezentacji i kart gigantpracy (tia, karta pracy z lektury dodatkowej. Dziesięć podpunktów do wykonania w rodzaju: 1. Napisz rozprawkę, gdzie potwierdzisz tezę... 2. Napisz recenzję... 3. Napisz charakterystykę...) nie mam czasu nawet dokończenia "Nad Niemnem". Wiem, wygląda na to, że jestem jedyną piętnastolatką, która w ogóle to lubi. A stara, dobra, polska literatura jest najlepsza! Kornel Makuszyński, Sienkiewicz... <3
No dobra, więc wracając do tematu - nawał pracy i tak dalej. Plus sporo perypetii klasowych, bo dość kiepsko dogaduję się z rówieśnikami z klasy, o czym prawdopodobnie już zdążyłam wspomnieć. Chce się żyć! ^^
Szkoda mi trochę, że nie mam także czasu na obejrzenie dalszych odcinków Star Treka. Uwielbiam science-fiction, szczególnie te stare i w swoich czasach dość znane (Star Trek, Star Wars, Doctor Who) i obecnie mam straszną fazę na Star Treka. Obejrzałam już jakieś dwa sezony oryginalnej serii i jak skończę trzeci, to pewnie zabiorę się za Voyagera, to już chyba seria z kapitanem Picardem oparta na oryginalnych odcinkach z Kirkiem. A szkoda, Kirk miał swój urok, no i Spock, jego pierwszy oficer pół-Wulkanita, pół-człowiek był genialny, mój faworyt. Zawsze jakoś przemawiały do mnie osobowości przesiąknięte sarkazmem. :'D
Uaaa, czuję już piasek pod powiekami, najwyższy czas iść spać. Wstanę jutro wcześnie i otoczona gęstą atmosferą książkowego patosu stawię czoła miażdżącej codzienności. Do boju! :'D
sobota, 18 kwietnia 2015
Całe ostatnie dnie spędzam na powtórkach do egzaminów - przedwczoraj zrobiłam historię, wczoraj była biologia i pierwsza część fizyki, dziś ją skończyłam i jutro pewnie zabieram się do geografii i języków. Już nie mogę...! Ten czas powinno się zatytułować "Jak nadrobić trzy lata w tydzień - historia prawdziwa". Niby czegoś tam się nauczyło przez całe gimnazjum, ale gdy przychodzi co do czego, naprawdę niewiele się z tego dokładnie pamięta.
Wciąż nie ma mnie w domu (do powtórek wykorzystywane są koneksje - babcia biolożka, dziadek przyjaciółki fizyk i takie tam. Wychodzi na to, że skaczę sobie z ową koleżanką od domu do domu, gdzie związana z nami w jakiś sposób osoba uprzejmie pomaga w powtórkach i dzieli się swoją wiedzą), a jeśli jestem, to siedzę u siebie w pokoju z nosem w książkach. Czuję się trochę winna - przez to nie mam za bardzo czasu dla rodzeństwa.
Już wyjaśniam - mam czwórkę rodzeństwa, dwóch braci i dwie siostry. Najstarszy brat (Staś*) jest już dorosły i nigdy go nie ma w domu, także to nie o niego tutaj się martwię, bardziej o resztę. Reszta składa się z trzy i pół letniej Asi oraz półtorarocznych bliźniaków - Bolka i Misi. Asia jest trochę rozpieszczona, jak to się zdarza maluchom urodzonym kilkanaście lat po pierwszej turze dzieciarni (czyli mnie i Stasia) i kiepsko znosi podział uwagi na młodsze rodzeństwo, w końcu jeszcze niedawno to ona była centrum wszechświata. Kiedy nie mam za wiele do nauki, zabieram ją do siebie do pokoju - uwielbia mi grzebać w szufladach, wyjmować stare zabawki, biżuterię i pamiątki, po jej wyjściu nigdy nic nie mogę znaleźć, a mój pokój zamienia się w stajnię Augiasza. :'D
Jeśli chodzi o bardziej szczegółowy opis Asi - jest słodką niebieskooką blondynką z iście wampirzym uzębieniem, blizny w kształcie podków na moich ramionach mogą zaświadczyć.
Bliźniaki zamieszkują na co dzień salon, wtedy wszyscy mogą mieć na nich oko. Bolek jest najmłodszy, urodził się 8 minut po Misi i jest też najmniejszy - drobny, okrągły, z wielkimi ciemnymi oczami. Straszny z niego mamisynek i beksa, w pobliżu mamy natychmiast zaczyna wyć, by go wzięła na ręce. W ogóle chciałby, by tylko go noszono na rękach i tulono, taki domowy kociak. Jako, że kocha się przytulać, zimą jest najlepszym termoforem pod słońcem.
Misia to inna historia - całkiem duża jak na swój wiek, żarłoczna, ciekawska i absolutnie urocza, co niecnie wykorzystuje. Posiada urodę typowego barokowego aniołeczka - złote loczki, ogromne niebieskie oczy, pełna fałdek i dołeczków. Ma też w sobie coś z chochlika - u większości dzieci uśmiech jest wypowiedzią: "To takie śmieszne!" lub "Jestem szczęśliwy!", zaś u niej to wygląda raczej: "Wiem coś, czego ty nie wiesz!" lub "Co by tu jeszcze nabroić...". Przy czym gdy coś spsoci, nie ucieka, ale chwali się tym - stoi przed przed stosem wyciągniętych książek z szafki i bezczelnie uśmiecha się do wściekłego rodzica niewinnym uśmiechem chochlika, który, nawiasem mówiąc, na dorosłych działa jak czerwona płachta na byka.
Może się wydawać, że takie małe dzieci nie rozumieją zbyt wiele i jeśli kilka dni się je poignoruje, to nawet tego smutnego czasu nie zapamiętają. Bzdura totalna! Półtoraroczne dziecko rozumie więcej, niż mogłoby się wydawać, a gdy "smutne czasy" się skumulują, to będzie na nie w jakiś sposób oddziaływać.
Dobra... przyznam, że nie jestem pewna tej teorii kumulujących się "smutnych czasów", ale wiem jedno - gdy idzie się do swojego pokoju aby zamknąć się w nim na resztę dnia, trudno minąć obojętnie płaczące i czepiające się kolan dzieci pragnące pobawić się ze starszą siostrą. Za każdym razem idę do siebie z ciężkim sercem.
Staś mnie wyśmiewa, że zachowuję się jak jakaś przedszkolanka, ale po prostu uwielbiam dzieci - zawsze chciałam mieć młodsze rodzeństwo, po czym dostała mi się nie tylko młodsza siora, a jeszcze bonus w postaci bliźniaków. Zresztą, jest całkiem sporo plusów bycia dzieckiem w rodzinie wielodzietnej - jednym z nich jest jazda komunikacją miejską za darmo do ukończenia liceum (hell yeah!). :P
A wracając do opisu aktualnej codzienności - ostatnie dni są trochę jak sen, zlewają się ze sobą i następnego dnia zupełnie nie pamiętam czy to, co robiłam dnia poprzedniego było faktycznie wczoraj, czy tydzień temu. Dawno nie miałam żadnych spotkań towarzyskich z uwagi na szkołę (w której, by the way, zbyt wielu przyjaciół to ja nie mam, ale o tym innym razem) i przez codzienną monotonię szkoła-dom i dom-szkoła zaczynam czuć się strasznie samotna. Wiem, że gdzieś tam mam przyjaciół zajętych swoimi sprawami, ale mogących pogadać, wspólnie ponarzekać i się pośmiać, tylko... odstępowanie od obowiązków nawet na chwilę wydaje się niewłaściwe. Wyznaczyłam sobie czas osamotnienia do egzaminów, ale nie jestem pewna, czy uda mi się wrócić do poprzedniego stanu, gdy testy się skończą. No i mam pewien dylemat z przyjacielem, przez co zaczynam sobie na poważnie zadawać pytanie, czy istnieje coś takiego jak przyjaźń damsko-męska.
Ale znowu zaczęłam pisać bardzo późno i już przysypiam nad klawiaturą. O tym napiszę kiedy indziej. Hah, to jest jak jakaś spowiedź - pytanie tylko, czy gdy w końcu wyrzucę tu z siebie wszystkie swoje problemy, przemyślenia oraz opisy codzienności, czy poczuję się wtedy w jakiś sposób rozgrzeszona? :/
_______________________________________________
*(wszystkie imiona zamieszone w tekście zostały zmienione)
Wciąż nie ma mnie w domu (do powtórek wykorzystywane są koneksje - babcia biolożka, dziadek przyjaciółki fizyk i takie tam. Wychodzi na to, że skaczę sobie z ową koleżanką od domu do domu, gdzie związana z nami w jakiś sposób osoba uprzejmie pomaga w powtórkach i dzieli się swoją wiedzą), a jeśli jestem, to siedzę u siebie w pokoju z nosem w książkach. Czuję się trochę winna - przez to nie mam za bardzo czasu dla rodzeństwa.
Już wyjaśniam - mam czwórkę rodzeństwa, dwóch braci i dwie siostry. Najstarszy brat (Staś*) jest już dorosły i nigdy go nie ma w domu, także to nie o niego tutaj się martwię, bardziej o resztę. Reszta składa się z trzy i pół letniej Asi oraz półtorarocznych bliźniaków - Bolka i Misi. Asia jest trochę rozpieszczona, jak to się zdarza maluchom urodzonym kilkanaście lat po pierwszej turze dzieciarni (czyli mnie i Stasia) i kiepsko znosi podział uwagi na młodsze rodzeństwo, w końcu jeszcze niedawno to ona była centrum wszechświata. Kiedy nie mam za wiele do nauki, zabieram ją do siebie do pokoju - uwielbia mi grzebać w szufladach, wyjmować stare zabawki, biżuterię i pamiątki, po jej wyjściu nigdy nic nie mogę znaleźć, a mój pokój zamienia się w stajnię Augiasza. :'D
Jeśli chodzi o bardziej szczegółowy opis Asi - jest słodką niebieskooką blondynką z iście wampirzym uzębieniem, blizny w kształcie podków na moich ramionach mogą zaświadczyć.
Bliźniaki zamieszkują na co dzień salon, wtedy wszyscy mogą mieć na nich oko. Bolek jest najmłodszy, urodził się 8 minut po Misi i jest też najmniejszy - drobny, okrągły, z wielkimi ciemnymi oczami. Straszny z niego mamisynek i beksa, w pobliżu mamy natychmiast zaczyna wyć, by go wzięła na ręce. W ogóle chciałby, by tylko go noszono na rękach i tulono, taki domowy kociak. Jako, że kocha się przytulać, zimą jest najlepszym termoforem pod słońcem.
Misia to inna historia - całkiem duża jak na swój wiek, żarłoczna, ciekawska i absolutnie urocza, co niecnie wykorzystuje. Posiada urodę typowego barokowego aniołeczka - złote loczki, ogromne niebieskie oczy, pełna fałdek i dołeczków. Ma też w sobie coś z chochlika - u większości dzieci uśmiech jest wypowiedzią: "To takie śmieszne!" lub "Jestem szczęśliwy!", zaś u niej to wygląda raczej: "Wiem coś, czego ty nie wiesz!" lub "Co by tu jeszcze nabroić...". Przy czym gdy coś spsoci, nie ucieka, ale chwali się tym - stoi przed przed stosem wyciągniętych książek z szafki i bezczelnie uśmiecha się do wściekłego rodzica niewinnym uśmiechem chochlika, który, nawiasem mówiąc, na dorosłych działa jak czerwona płachta na byka.
Może się wydawać, że takie małe dzieci nie rozumieją zbyt wiele i jeśli kilka dni się je poignoruje, to nawet tego smutnego czasu nie zapamiętają. Bzdura totalna! Półtoraroczne dziecko rozumie więcej, niż mogłoby się wydawać, a gdy "smutne czasy" się skumulują, to będzie na nie w jakiś sposób oddziaływać.
Dobra... przyznam, że nie jestem pewna tej teorii kumulujących się "smutnych czasów", ale wiem jedno - gdy idzie się do swojego pokoju aby zamknąć się w nim na resztę dnia, trudno minąć obojętnie płaczące i czepiające się kolan dzieci pragnące pobawić się ze starszą siostrą. Za każdym razem idę do siebie z ciężkim sercem.
Staś mnie wyśmiewa, że zachowuję się jak jakaś przedszkolanka, ale po prostu uwielbiam dzieci - zawsze chciałam mieć młodsze rodzeństwo, po czym dostała mi się nie tylko młodsza siora, a jeszcze bonus w postaci bliźniaków. Zresztą, jest całkiem sporo plusów bycia dzieckiem w rodzinie wielodzietnej - jednym z nich jest jazda komunikacją miejską za darmo do ukończenia liceum (hell yeah!). :P
A wracając do opisu aktualnej codzienności - ostatnie dni są trochę jak sen, zlewają się ze sobą i następnego dnia zupełnie nie pamiętam czy to, co robiłam dnia poprzedniego było faktycznie wczoraj, czy tydzień temu. Dawno nie miałam żadnych spotkań towarzyskich z uwagi na szkołę (w której, by the way, zbyt wielu przyjaciół to ja nie mam, ale o tym innym razem) i przez codzienną monotonię szkoła-dom i dom-szkoła zaczynam czuć się strasznie samotna. Wiem, że gdzieś tam mam przyjaciół zajętych swoimi sprawami, ale mogących pogadać, wspólnie ponarzekać i się pośmiać, tylko... odstępowanie od obowiązków nawet na chwilę wydaje się niewłaściwe. Wyznaczyłam sobie czas osamotnienia do egzaminów, ale nie jestem pewna, czy uda mi się wrócić do poprzedniego stanu, gdy testy się skończą. No i mam pewien dylemat z przyjacielem, przez co zaczynam sobie na poważnie zadawać pytanie, czy istnieje coś takiego jak przyjaźń damsko-męska.
Ale znowu zaczęłam pisać bardzo późno i już przysypiam nad klawiaturą. O tym napiszę kiedy indziej. Hah, to jest jak jakaś spowiedź - pytanie tylko, czy gdy w końcu wyrzucę tu z siebie wszystkie swoje problemy, przemyślenia oraz opisy codzienności, czy poczuję się wtedy w jakiś sposób rozgrzeszona? :/
_______________________________________________
*(wszystkie imiona zamieszone w tekście zostały zmienione)
piątek, 17 kwietnia 2015
Hou,
Jestem Thyra. Mam 15 lat, choć za kilka miesięcy kończę 16 (nie żebym czuła się szczególnie dorośle nawet w wieku lat piętnastu). Założyłam tego bloga w sumie nawet nie dla czytelników, za co Ciebie, drogi Czytelniku, szczerze przepraszam. Zamierzam używać go jako coś w rodzaju swojego dziennika, gdzie będę mogła wypisać wszystko, co mi siedzi w łepetynie, a nie ma szans wydostać się w obecności znajomych/przyjaciół/rodziny, aby nikomu nie zrobić przykrości ani sobie nie nagrabić, et cetera, et cetera. Albo jeśli nie mam z kim pogadać, co zdarza się równie często.
Przechodząc do rzeczy - za kilka dni czekają mnie egzaminy gimnazjalne, co prawdę mówiąc, przeraża mnie jak cholera. xD
Wiem, wiem, niby czego tu się bać, wiedza ogólna, matura jest gorsza, już nie mówiąc o kolokwium na jakiś studiach astronomicznych czy innych takich diabelstwach. Pewnie prawie każdy, kiedy był małym dzieckiem i nie chciał jeść schabowego niebezpiecznie przypominającego konsystencją podeszwę od trampka słyszał od rodziców: "Dzieci w Afryce głodują, a ty wyrzucasz jedzenie!". Nigdy nie działało, prawda? Dla mnie porównywanie egzaminów gimnazjalnych do tych gorszych testów - matur, kolokwiów jest mniej więcej jak argument z dziećmi głodującymi w Afryce. Nie zrozumcie mnie źle, przykro mi, że dzieci w Afryce głodują - ale w jaki sposób, do licha ciężkiego, moje niezjedzenie kotleta to zmieni?
Mój przyjaciel wyjechał na tydzień w góry, aby móc w lato być młodą kadrą na obozie górskim (czyli nici z długich rozmów o tematyce egzystencjalnej, a szkoda - natychmiast zapomina się o własnych zmartwieniach, działa lepiej niż najmocniejszy lek uspokajający. Nie żebym brała leki uspokajające. :'D), zaś najlepsza przyjaciółka ma własne sprawy na głowie i aż głupio zasypywać ją swoimi pseudoproblemami szkolnymi, które tak właściwie są całkiem błahe, szczególnie, gdy osoba pocieszająca jest trochę starsza od pocieszanej.
Ranyy... jest 00:36. Mam mnóstwo do napisania i coraz mniej godzin do przespania. Chyba wybiorę opcję Morfeusza i za resztę zabiorę się jutro. Albo pojutrze. Lub coś w ten deser. Dobranoc.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)